Polska Polsce nierówna

Żyjemy w kraju podzielonym. Polska „A” jest zasobniejsza i bardziej prestiżowa, Polska „B” – biedniejsza i niedoinwestowana. Co gorsza, podział ten stale się pogłębia: bogatsze województwa rozwijają się coraz szybciej, a biedniejsze zostają coraz bardziej w tyle. Problem narasta, a regiony mniej rozwinięte nie są w stanie samodzielnie go rozwiązać.

 
Zaczęło się od rozbiorów

Szukając przyczyn, dla których różne części kraju zaczęły się rozwijać nierównomiernie pod względem przemysłowym, należy się cofnąć aż do czasów, gdy ziemie polskie znajdowały się pod zaborami. Zaborcy nie stosowali jednolitej polityki względem obszarów wchodzących wcześniej w skład państwa polskiego, gospodarowali nimi w odmienny sposób. Traktowali ziemie odebrane Polakom po macoszemu i nie starali się o ich rozwój.

Po odzyskaniu niepodległości Polska była więc nie tylko krajem zacofanym gospodarczo, ale też dawało się dostrzec silną dysproporcję w rozmieszczeniu przemysłu. Ze względu na widoczny podział kraju na dwie części zróżnicowane pod względem stopnia zagospodarowania zaczęto mówić o Polsce „A” i Polsce „B”.

Najpierw zbrojenia, potem pomoc regionom

Położone na wschód od Wisły „kresowe” województwa Polski „B” (wileńskie, nowogródzkie, poleskie, wołyńskie, lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie), które zajmowały niemal połowę powierzchni kraju, obejmowały w roku 1937 zaledwie 12,2 procent ogółu robotników zatrudnionych w przemyśle. 

Niemal cała produkcja przemysłowa skupiona była w Polsce „A”, czyli na obszarze na zachód od Wisły. Ta część kraju dostarczała około 85 proc. krajowej produkcji energii elektrycznej, 100 proc. stali, a w samym tylko województwie śląskim pracowało w roku 1937 16,5 proc. wszystkich polskich robotników.

W okresie dwudziestolecia międzywojennego sytuacja nie uległa zmianie. Podział nie tylko nie został zniwelowany, ale powoli się pogłębiał. Rząd próbował co prawda krótko przed wybuchem II wojny światowej wprowadzić w życie tzw. plan Centralnego Okręgu Przemysłowego, który zakładał wyrównanie różnic w rozwoju ekonomicznym kraju, ale idei nie udało się zrealizować. Przyczyna była prosta: rządowy program gospodarczy Polski, która zaledwie kilkanaście lat wcześniej odzyskała niepodległość, na pierwszym miejscu stawiał podniesienie potencjału obronnego państwa, aktywizacja zaniedbanych regionów znalazła się na dalszym planie.
Realizację planu przerwał zresztą po dwóch zaledwie latach wybuch wojny

Polska „C”

Marek Kłoczko, sekretarz generalny Krajowej Izby Gospodarczej, zapytany o to, czy w naszym kraju nadal obowiązuje podział na Polskę „A” i „B”, powiedział na początku 2007 roku na antenie Polskiego Radia: „W dużym uproszczeniu tak, niestety obowiązuje, chociaż według mnie bardziej aktualne by teraz było mówienie o Polsce A, B i C. Polska A - czyli najszybciej rozwijające się metropolie. Polska B to reszta byłej Polski A. Polska C, to to, co do tej pory nazywaliśmy Polską B, czyli tereny na wschód od Wisły”.

Pięć wschodnich województw: Lubelskie, Podkarpackie, Podlaskie, Świętokrzyskie oraz Warmińsko-Mazurskie to pięć najbiedniejszych regionów Wspólnoty. Produkt krajowy brutto na mieszkańca na tych obszarach wynosi mniej niż 40 proc. średniej Unii Europejskiej.

Reguła śnieżnej kuli

Wszystkie województwa w Polsce się rozwijają, problem jednak polega na tym, że przepaść między regionami najbiedniejszymi a najzasobniejszymi wcale się nie zmniejsza. Bogate regiony rozwijają się szybciej, działa bowiem reguła śnieżnej kuli: gdy w okolicy pojawi się duży inwestor, prawdopodobieństwo, że pójdą za nim inni, ośmieleni przykładem, znacznie wzrasta. Obecność w okolicy znanej, dużej firmy to rodzaj gwarancji, że lokalizacja warta jest zachodu. Duży inwestor również często „ściąga” mniejsze firmy, z którymi współpracuje, przyczyniając się w ten sposób do ożywienia gospodarczego w regionie. Pojawiają się kolejni inwestorzy, kolejne firmy.

Śnieżna kula toczy się wartko – nowe inwestycje oznaczają nowe miejsca pracy, a praca przyciąga ludzi ze słabiej rozwiniętych obszarów kraju. W ten sposób w najbiedniejszych regionach, czyli tzw. ścianie wschodniej, nie tylko nie wzrasta liczba inwestycji, ale też opuszczają je najbardziej wartościowi pracownicy. Miejsca atrakcyjne przyciągają kolejnych inwestorów, a te gorzej rozwinięte nie są w stanie z nimi konkurować. Przepaść między regionami się pogłębia.

Odsiecz z Unii

Najbiedniejszym województwom ruszyła na odsiecz Unia. Na początku ubiegłego roku rząd przyjął program pomocy na lata 2007-2013 dla województw ściany wschodniej. Na rozwój najbiedniejszych regionów naszego kraju przeznaczono 2,2 mld euro. Największe wsparcie otrzymają województwa lubelskie (508 mln euro), podkarpackie (ponad 487 mln euro) i warmińsko-mazurskie (ponad 447 mln euro), nieco mniej podlaskie (ponad 386 mln euro) oraz świętokrzyskie (375 mln euro).

Niemal połowa środków zostanie przeznaczona na rzecz rozwoju przedsiębiorczości i podnoszenie jakości kształcenia, ponad 30 proc. funduszy pochłonie rozwój infrastruktury transportowej, a niecałe 20 procent – rozwój dużych miast.

Błędne koło

Na podziale na biedniejszych i bogatszych korzysta tylko jedna strona. Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań – te miasta mają się coraz lepiej. Rzeszów, Lublin, Olsztyn czy Białystok to w porównaniu z nimi ośrodki gospodarczo nieatrakcyjne i ekonomicznie słabe. W miejscach nieatrakcyjnych zaś nikt nie inwestuje, brak inwestycji to z kolei brak nowych miejsc pracy… System jest bardzo prosty: bogatsze województwa się bogacą, a biedniejsze – biednieją. Jeśli się tego błędnego koła nie przerwie, będzie się spokojnie toczyć dalej.

Problemu nie rozwiąże wpompowanie w słabiej rozwinięte województwa unijnych dotacji. Żeby zrównać potencjał ekonomiczny regionów takich jak Warmia i Mazury czy Lubelszczyzna ze Śląskiem lub Małopolską, potrzebna jest świadoma, przemyślana polityka ekonomiczna.

Nie wszyscy ekonomiści jednak uważają, że warto jest inwestować w słabo rozwinięte rejony kraju. Nie brakuje zwolenników tezy, że ścianę wschodnią należy zostawić w spokoju jako zbyt zapóźnioną w stosunku do centrów gospodarczych Polski, by dało się cokolwiek zmienić. Znacznie sensowniej jest bowiem rozwijać metropolie, które decydują o rozwoju całego kraju: w nich pracują najwybitniejsi naukowcy zajmujący się innowacjami technologicznymi, zakładają swe filie największe koncerny i odpoczywają miliony turystów.

Na konferencji prasowej, która miała miejsce w ubiegłym miesiącu w Lublinie, w podobnym tonie wypowiedziała się Danuta Hübner. „Bogatsze regiony mają swoje wyzwania i chcą iść do przodu. A przecież nie o to chodzi, żeby wszyscy byli tacy sami. Na różnice też trzeba patrzeć w kategoriach rozwojowych” powiedziała unijna komisarz ds. polityki regionalnej. Stwierdziła także, że różnice w poziomie zamożności regionów nigdy nie zostaną całkowicie zniwelowane.

Inwestować…

Te województwa, które wcześniej złapały wiatr w żagle, idą do przodu siłą rozpędu. Mając drogi, infrastrukturę i dostęp do rynków zbytu poza granicami Polski, rozwijają się dynamicznie i przyciągają kolejnych inwestorów.

Ściana wschodnia, choć nie miała tyle szczęścia, co zachód Polski, gdyby i jej dmuchnąć w żagle – mogłaby znacznie zwiększyć tempo rozwoju. Wschód Polski nie stanie się drugim Śląskiem, a Rzeszów nie zamieni się w kopię Wrocławia, ale też nie ma powodu zakładać, że jest to dla nich jedyna droga. Każdy region ma swoją specyfikę i można to wykorzystać, np. na obszarach o wysokich walorach przyrodniczych zamiast budować fabryki można zainwestować w turystykę kwalifikowaną, agroturystykę oraz produkcję i sprzedaż żywności ekologicznej.

Województwom biedniejszym znacznie trudniej jest wyjść z impasu, niż województwom bogatym dynamicznie się rozwijać. Słabo rozwinięte regiony, nawet jeśli potencjalnie mogą zaoferować przedsiębiorcom np. niskie koszty produkcji i tanich pracowników, nie mają zwykle dróg i infrastruktury. Sieć połączeń drogowych i kolejowych jest dużo gęstsza na zachodzie kraju, a żaden przedsiębiorca nie wybuduje zakładu w miejscu, w którym co prawda produkuje się tanio, z którego jednak nie sposób wywieźć towarów. Ten sam problem dotyczy turystyki. Wszelkie inwestycje musiałyby zatem iść w parze z rozwojem dróg, lotnisk i infrastruktury.

Niezwykle ważne są również nakłady na edukację. Rozwój ośrodków akademickich ułatwia bowiem kształcenie wysoko wykwalifikowanych pracowników, a kapitał ludzki jest równie ważny, jak fundusze. Wykształceni młodzi ludzie wspomagają rozwój regionu, są też bardziej otwarci na nowe formy zatrudnienia, takie jak telepraca, co ma wpływ na zmniejszenie skali migracji.

Optymalną metodą rozwoju województw wschodnich może się okazać pomysł, który sprawdził się we wschodnich Niemczech: wspieranie wysp przedsiębiorczości w danym regionie. Jedna taka wyspa funkcjonuje już z powodzeniem w Podkarpackiem: w tzw. dolinie lotniczej działa 47 przedsiębiorstw z sektora wysokich technologii. Istnienie doliny służy wzrostowi w całym regionie: rozwija się współpraca w dziedzinie badań z uczelniami wyższymi, tworzone są coraz lepsze warunki dla kolejnych firm z tego sektora. Śnieżna kula już się toczy.

… czy nie inwestować?

W Polskę „B” trzeba zainwestować dwa razy: najpierw, by „dogoniła” województwa zachodnie, a potem, gdy już pojawią się inwestorzy i zacznie działać reguła śnieżnej kuli, by zwiększyć dynamikę jej rozwoju. Proces ten jednak wymaga czasu. Z inwestowaniem w Polskę „A” nie ma takich problemów: podstaw nie trzeba budować, na wejście do grupy „atrakcyjnych” nie trzeba czekać – wystarczy dmuchać w żagle.

Co więc opłaca się bardziej? Inwestowanie w zacofane, biedne województwa, które mają potencjał, ale nie mają pieniędzy, czy raczej rozwijać te regiony, które zarabiają na siebie, przyciągają kapitał zagraniczny i prą do przodu w tempie, którego nie musimy się wstydzić przed resztą Europy?

Samorządy lokalne na wschodzie kraju walczą, rzecz jasna, o fundusze unijne na rzecz rozwoju regionalnego. W połowie ubiegłego roku Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową przeprowadził badanie, w którym sprawdzono, jak od 1999 roku rozwijały się poszczególne województwa i ich podregiony. Celem badania było określenie dynamiki zmian, a nie poziomu rozwoju, na jakim są poszczególne województwa. Wzięto pod uwagę aż 77 czynników, m.in. kondycję gospodarczą województw, stan infrastruktury, poziom przedsiębiorczości i sprawność samorządów.

Wyniki okazały się być zaskakujące: rozwój najbiedniejszych województw był wyższy od średniej dla całego kraju, a dynamika rozwoju regionów zachodnich zmalała. Wśród czynników hamujących rozwój ściany wschodniej znalazły się m.in. słaby postęp w unowocześnianiu infrastruktury, mała dbałość o kapitał ludzki i brak poprawy warunków życia.

Wyniki te nie oznaczają jeszcze, że regiony najbiedniejsze zaczynają doganiać w poziomie rozwoju najbogatszych. Pokazują jednak, że Polska „B” próbuje gonić Polskę „A” i – wbrew prognozom sceptyków – nie jest skazana na porażkę.

Polska „A”, Polska „Z”

Jeśli nie będziemy dążyć do zasypania przepaści między wschodnimi i zachodnimi województwami i stosować będziemy politykę opartą na zasadzie „dużym – dużo, małym – mało”, korzyści odnosić będą tylko najbogatsze regiony, a do określenia ściany wschodniej trzeba będzie używać kolejnych liter alfabetu.

Można uznać, że wpadliśmy w ekonomiczne błędne koło, i dać sobie spokój z próbami naprawienia tej sytuacji. Pogłębiać podział na Polskę „A” i „B” jest znacznie łatwiej niż podejmować próby zniwelowani tego zjawiska. „Błędne koło” trudno jednak uznać za objaw harmonijnego rozwoju kraju.

Entuzjaści metropolii proponują nie tracić czasu na walkę z wiatrakami i skoncentrować siły na rozwijaniu dużych miast, w których inwestowanie się opłaca. Lepiej wybudować centrum biznesu w stolicy lub fabrykę pod Poznaniem niż inwestować w Olsztynie czy Zamościu. Ścianę wschodnią proponują potraktować jak rozległy park krajobrazowy, gospodarczą Polskę „Z”, w której zapracowani Polacy „A” będą mogli bywać w celach rekreacyjnych.

Polacy „B”

Gdyby zaczęto inwestować wyłącznie w te ośrodki, które już w tej chwili są atrakcyjne dla przedsiębiorców, co stałoby się z zacofaną ścianą wschodnią? Nie brakuje i takich hipotez, zgodnie z którymi optymalna dla Polski sytuacja to prężnie rozwijające się metropolie z jednej strony i słabo rozwinięte, mało zaludnione i leżące odłogiem województwa z drugiej.

Idea jest piękna: nowoczesne miasta-drapieżcy i ciągnący się hen – aż po horyzont zielony Wschód. Tyle ze na horyzoncie można zauważyć „chmury”: w Lubelskiem jest ich ponad dwa miliony, w Podlaskiem niemal dwa miliony… Polacy „B”.

Trudno uwierzyć, że wszyscy młodzi mieszkańcy niedofinansowanych województw, o starszym pokoleniu nie wspominając, zaczną się na potęgę kształcić i podejmować pracę w lepiej rozwiniętych regionach. Liczba studentów w Polsce rośnie co prawda z roku na rok, w 2004 na 1000 mieszkańców przypadało ponad 50 studiujących, jednak w dalszym ciągu zdecydowana większość naszego narodu nie ma wyższego wykształcenia. Jeśli machniemy ręką na ścianę wschodnią, co stanie się z jej mieszkańcami?

Już teraz średnia pensja w Warszawie jest znacznie wyższa niż w województwie warmińsko-mazurskim czy świętokrzyskim. Jak wyglądałaby gospodarka słabo rozwiniętych regionów, gdyby cały wysiłek ekonomiczny kraju skierował się na zachód?

Na wschodzie bez zmian?

W rozważaniach na temat perspektyw rozwoju gospodarczego Polski Wschodniej ostatnimi czasy słychać opinie, zgodnie z którymi inwestycje w ścianę wschodnią to strata czasu i pieniędzy.

Nie da się jednak obsadzić niedoinwestowanego wschodu kraju drzewami i udawać, że nikt w tym rozległym lesie nie mieszka. Jeśli bowiem mamy uczynić ze słabiej rozwiniętej części Polski skansen, to najpierw należy znaleźć miejsce, w które przeniesiemy mieszkańców tego skansenu, potem zaś należy znaleźć im pracę.

Najsłabiej rozwinięte regiony Polski to często tereny unikatowe w skali nie tylko naszego kraju, ale i całej Europy. Mimo że brakuje dobrych dróg i porządnej infrastruktury, samo tylko Podlasie odwiedza każdego roku milion zachwyconych cudzoziemców. Przyjeżdżają, by oglądać to, czego nie ma nigdzie indziej w Europie – m.in. ostatnią kilkusetletnią puszczę starego kontynentu.

Ilu turystów odwiedzałoby Polskę wschodnią, gdyby zadbano o promocję regionów, budowę dróg i hoteli? Czy naprawdę w biedniejsze województwa nie opłata się inwestować, a jedyne europejskie miasta w naszym kraju to Warszawa, Kraków i Gdańsk? W dyskusjach na temat perspektyw rozwoju gospodarczego mówi się zwykle dużo o potrzebie inwestowania w największe miasta i najbogatsze województwa. O wschodnich regionach mówi się krótko: Polska „B”. W domyśle: Polska pośledniego gatunku, zacofana, przaśna i mniej europejska niż prężne metropolie.
Uwadze dyskutantów umyka niekiedy fakt, że w Europie nie leży Polska „A”, „B” czy „C”, lecz – po prostu – Polska, jak również to, że nie ma lepszych i gorszych regionów. Są tylko lepiej i gorzej zagospodarowane.
 
Czerwiec 2008