Wstrząsająca jazda, czyli co nieco o doli rowerzysty

Oita pełna jest rowerów, rowerzystów i parkingów rowerowych, ale tylko z pozoru jest to raj dla miłośników jednośladów. Na japońskich zjazdach można wybić ząb, używanie dzwonka jest zabronione, a zamiast ruchu lewostronnego panuje ruch slalomowy.

Wstrząsająca jazda

Rowery są w Oicie bardzo popularnym środkiem transportu i od razu skojarzyło mi się to z Niemcami, gdzie jeździła masa ludzi, a ścieżki rowerowe były zacnej jakości. Miasto robi wrażenie przyjaznego dla cyklistów: w oczy rzucają się liczne i wcale zatłoczone parkingi rowerowe przy blokach mieszkalnych, urzędach, szkołach itp., po przyjemnie gładkich asfaltowych ścieżkach przemieszczają się równie liczni rowerzyści, a z co gęstszych krzaków wystają liczne zardzewiałe resztki jednośladów zużytych, świadczące o tym, że proceder rowerowy ma już tradycję.
Parking pod naszym blokiem.Parking pod naszym blokiem.
Ponoć Japończycy kradną tylko rowery i parasole. Coś w tym musi być, bo rowery na parkingach są zawsze starannie pozabezpieczane, z kolei kluczyk do stacyjki motoru czy skutera leży niekiedy pod kołem lub bezpośrednio na siedzeniu… Nie wspominając już o kaskach, które często wiszą sobie obok siedzenia lub kierownicy. W małej pizzerii niedaleko naszego domu zawsze stało kilka skuterów służących do rozwożenia pizzy – nic by w tym nie było nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w stacyjce każdego skutera tkwił kluczyk, gotowy do przekręcenia.

Wystarczy wsiąść na rower, żeby przekonać się, że Oita to jednak nie Kilonia. Człowiek, który na rower wsiada, zaraz bowiem czuje się wstrząśnięty, i to wstrząśnięty dosłownie, jako że lwia część zjazdów i wjazdów na chodnik wystaje znacząco ponad podłoże. Na progu częściowo tylko obniżonym, na przykład trzycentymetrowym, rower nie podskakuje równie wysoko, co na progu nietkniętym ręką racjonalizatora, niemniej wstrząs jest wystarczająco dotkliwy, żeby nadgarstki, o innych częściach ciała nie wspominając, dostały w kość, i żeby komfort jazdy był bardzo umiarkowany.
Zjawisko częściowego obniżenia zjazdów i wjazdów (nazwijmy je dla ułatwienia „progami”) stanowi zagadkę. Oficjalnie chodniki biegnące wzdłuż ulic przeznaczone są dla ruchu wyłącznie pieszego, a legalnych, oznakowanych ścieżek rowerowych prawie nie ma (piszę „prawie”, ponieważ istnieje JEDEN wyjątek w postaci dróżki biegnącej wzdłuż zatoki i zaczynającej się właściwie już za miastem). Z tej perspektywy patrząc, należało zostawić chodniki w spokoju, bo pieszemu wysokość progu różnicy nie robi. Z drugiej strony w mieście, w którym połowa ludności dojeżdża do pracy i szkół rowerami, nie ma co udawać, że chodnik służy tylko pieszym. Może więc jednak progi obniżono z myślą o rowerzystach? Jeśli tak, to dlaczego progi są zaledwie „podgładzone”, a nie płaskie?
Cóż, summa summarum jeździ się tu zdecydowanie przyjemniej niż w Polsce, bo pomijając kwestę progów, chodniki są płaskie i zwykle szerokie, ale i tak na myśl o niemieckich dróżkach ogarnia mnie sentyment.

Cykliści

Rowerami jeżdżą wszelkiej maści jednostki uczące się, począwszy od uczniów podstawówek, przez gimnazjalistów i licealistów w mundurkach, skończywszy na studentach. Poza tym wśród cyklistów znaleźć można gospodynie domowe (wożące w koszach zakupy), osoby starsze oraz ludzi pracujących. Ci ostatni albo jeżdżą „po cywilnemu”, tzn. w uniform czy garnitur ubierają się dopiero dojechawszy na miejsce, po zdjęciu tego, co się spociło w czasie jazdy, albo śmigają w garniturach, kostiumach i butach na wysokim obcasie, torebki i aktówki umieściwszy w koszu. Ta druga opcja jest rzadsza, bo Oicie to klimatu umiarkowanego daleko i szczególnie latem nie da się nie spocić przy okazji wyjścia na zewnątrz (pocieszające jest to, że skoro pocą się wszyscy, to nikt się tym nie przejmuje: latem nosi się przy sobie małe ręczniczki do ocierania potu z twarzy, a jak ktoś ma mokrą od potu koszulę, to ma, i nikt się nie zniesmacza).

Autochtonom, co od razu rzuca się w oczy, zależy na jeździe w pozycji jak najbardziej wyprostowanej. Często siodełko ustawiają tak nisko, jak tylko się da, przez co plecy faktycznie mogą wyprostować i usiąśc niemalże jak na krześle, ale za to nogi stale, i w czasie jazdy, i w czasie postoju, mają zgięte w kolanach. Na dłuższą metę jest to szalenie niewygodne i wymaga nie lada samozaparcia przy wjeżdżaniu pod górkę – dla wczucia się w sytuację polecam wyobrazić sobie jazdę na dziecinnym rowerku, wtedy też ma się kolana wysoko. Ostatecznie z obniżenia siodełka płynie jednak jakaś korzyść: po zdjęciu nóg z pedałów od razu twardo stoi się na ziemi, więc łatwo jest ruszyć i zatrzymać się w czasie deszczu, gdy z jednej ręce dzierży się parasol.
Rowerzysta łamiący właśnie dwa zakazy: zakaz jazdy po chodniku i jazdy z parasolem.Rowerzysta łamiący właśnie dwa zakazy: zakaz jazdy po chodniku i jazdy z parasolem. Za jazdę po chodniku grozi 50 tysięcy jenów lub trzy miesiące więzienia.

Rowery zakupowe

W powszechnym użyciu są tzw. rowery miejskie, czyli niedrogie i nieskomplikowane jednoślady z obowiązkowo doczepionym koszem (a nawet dwoma), w którym wygodnie wozi się plecak czy torbę z zakupami (stąd tutejsza ich nazwa to „shopping bikes”). Rowery miejskie nadają się wyłącznie do jazdy po mieście, jako że mają niewiele przerzutek (na co bardziej pochyłe wzniesienia ludność wchodzi, rower prowadząc u boku) a kierownicę zamocowaną na tyle wysoko, że jedzie się w pozycji w miarę wyprostowanej (co ułatwia jazdę w płaszczach, szpilkach i miniówkach, z parasolem i komórką). W dłuższą lub trudniejszą trasę wygodniej się wybrać rowerem solidniejszym, na przykład górskim, ale to już jest większy wydatek. O ile „zakupowca” można kupić już za siedem-osiem tysięcy jenów, za solidny rower górski trzeba zapłacić co najmniej sześć razy więcej, a za nieco bardziej wypasiony model i z siedemdziesiąt tysięcy. Za tyle samo można już kupić używany skuter, nic więc dziwnego, że górali jeździ bardzo niewiele.
Zakupowce w pełnej krasie, tutaj na parkingu przy stacji kolejowej. Panujący nieporządek bierze się stąd, że w tym akurat kącie leżą rowery porzucone.Zakupowce w pełnej krasie, tutaj na parkingu przy stacji kolejowej. Panujący nieporządek bierze się stąd, że w tym akurat kącie leżą rowery porzucone.

Przeszkody na drodze

W Japonii ruch lewostronny panuje tylko na jezdni. Po dróżkach rowerowych (tzn. po chodnikach, które zastepują dróżki) jedzie się slalomem, a sytuacje podwyższonego ryzyka zdarzają się nierzadko, co wiąże się m.in. z faktem, że miejscowi lubią podczas jazdy rozmawiać przez telefon, a nawet czytać i pisać (sic!) mejle (zdarzają się jednostki z bardzo podzielną uwagą, które piszą mejle w czasie deszczu, w jednej ręce dzierżąc kierownicę i parasol, w drugiej komórkę, oraz osobnicy piszący dwiema rękami, którzy rezygnują z trzymania kierownicy czymkolwiek).
Nagminnie dochodzi do wrednych wymuszeń pierwszeństwa. Wymuszenie klasyczne ma miejsce wówczas, gdy na dróżce szerokiej na dwa rowery spotyka się czterech rowerzystów, po dwóch jadących w przeciwnych kierunkach, przy czym jedna dwójka ustawia się gęsiego, a druga jedzie ramię w ramię (zapomnijmy na chwilę o tym, że wedle przepisów w ogóle nie wolno jechać obok siebie i grozi za to kara w wysokości 20 tysięcy jenów). W takiej sytuacji, oczywiście gdy należy się do tych jadących gęsiego, można albo próbować wbić się w żywopłot lub inną barierkę, albo niewzruszenie jechać dalej, patrząc w oczy tego, kto zbliża się z naprzeciwka. Doświadczenie pokazuje, że miejscowi dopiero w ostatniej chwili dostrzegają niebezpieczeństwo, czasem zrozumienie, że ci z naprzeciwka nie przerzucą rowerów ponad żywopłotem na jezdnię i nie skoczą w ślad za nimi, robiąc miejsce, zajmuje im tyle czasu, że nie starcza go już czasu na manewr ustawienia się gęsiego, a cała sytuacja kończy się gwałtownym zatrzymaniem czterech rowerów, niemniej jednak metoda ta działa bez pudła. I daje zdecydowanie więcej satysfakcji niż wbijanie się w żywopłot.
Wymijanie na dróżce również napotyka problemy, ponieważ japońscy rowerzyści niemal nie używają dzwonków. Używanie dzwonków uznawane jest za niegrzeczne, stąd, chcąc wyprzedzić inny jednoślad albo pieszego, czekają, aż ścieżka zrobi się na tyle szeroka, żeby dało się przejechać obok zawalidrogi, albo zbaczają na jezdnię, przyspieszają, po czym wyjeżdżają na ścieżkę przed nim. Jeśli jest wąsko, a żywopłot zagradza dostęp do jezdni, wloką się za tym, kto jedzie lub idzie z przodu. Dzwonią rzadko. Tylko posiadacze rowerów górskich mają w nosie tabu dzwonkowe i jak im ktoś wlezie na ścieżkę, dzwonią bez pardonu.

Martwe przepisy

Teoretycznie dzwonić nie tylko nie wypada, ale i nie wolno, ponieważ pierwszeństwo na chodniku ma zawsze pieszy. Tak stanowią nowe przepisy, które weszły w życie w czerwcu zeszłego roku. Przepisy brzmią bardzo groźnie i w panującycych okolicznościach przyrody skazują rowerzystę na ciągłe łamanie prawa.
Teoria jest taka, że rowerzysta ma jechać po jezdni, a konkretnie lewym jej pasem, jego rower zaś jest traktowany jak każdy inny pojazd kołowy, na przykład samochód. Po chodniku wolno jechać tylko wtedy, gdy jest specjalnie oznakowany, gdy się jest dzieckiem lub gdy na jezdni absolutnie się nie da. Jeśli już wyjatkowo jedzie się chodnikiem i trafi na pieszego, należy się zatrzymać i go przepuścić. Trzeba mieć lampkę, a jak się nie ma skończonych trzynastu lat, również kask. Jeśli dorosły wiezie dziecko, to kaski muszą mieć oboje. Nie wolno: jechać na rowerze w dwie osoby oraz obok siebie, trzymać parasola, rozmawiać przez telefon, jeździć w stanie nietrzeźwym.
Zgodnie z przepisami jeździć po chodnikach oraz z parasolem nie wolno. Wszyscy się tymi przepisami bardzo przejmują, jak widać na załączonym obrazku :)Zgodnie z przepisami jeździć po chodnikach oraz z parasolem nie wolno. Wszyscy się tymi przepisami bardzo przejmują, jak widać na załączonym obrazku :)

Tyle teorii, czyli przepisów. W praktyce wygląda to tak, że owszem, prawie wszyscy mają lampki, bo co jakiś czas policja się uaktywnia i łapie niedoświetlonych, kary wlepiając. Poza tym wożone w specjalnych siedziskach maluchy noszą kaski. Reszta przepisów traktowana jest… w sposób wysoce niezobowiązujący. Rowerzysta, który wiezie maleństwo w kasku, sam jedzie z gołą głową. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent ruchu rowerowego odbywa się na chodnikach, (które bardzo rzadko są zbudowane z płyt chodnikowych, a najczęściej mają postać szerokiego pasa asfaltu), ponieważ ścieżek rowerowych nie ma. Lewą stroną jeżdżą tylko ci, którzy aktualnie nie jadą prawą, jest to kwestia humoru i nastroju. Wożenie pasażera na bagażniku zdarza się rzadko, ale już rozmawiających w czasie jazdy przez komórkę, czytających i piszących maile oraz trzymających parasole jest zatrzęsienie.
Można było zapewne przewidzieć, że wracający do domu licealiści i gimnazjaliści, którzy dojeżdżają do i ze szkoły głównie na rowerach, w czasie deszczu zechcą użyć parasolek a przepis, który zabrania korzystania z nich w czasie jazdy, będzie martwy, podobnie jak zakaz jazdy po chodnikach. Rowerzyści nie są głupi, na jezdnię się nie zapuszczają, chyba że na małą chwilę, podczas wyprzedzania innego rowerzysty, który zawadza na chodniku. Rower na jezdni traktowany jest jak każdy inny pojazd wyłącznie przez władze, ale już przez kierowców prawdziwych samochodów – jak zawalidroga, która nie powinna plątać się większym pod kołami. Bardzo rzadko widzi się wśród samochodów jakiegoś cyklistę i zawsze jest to „zawodowiec”: na solidnym, niezakupowym rowerze, profesjonalnie ubrany, obuty, okaskowany i ogoglowany, znikający z widoku w tempie nieosiągalnym zwykłemu śmiertelnikowi.
Cóż, przepisy, nawet jeśli martwe, są wygodnym usprawiedliwieniem dla władz na wypadek incydentów drogowych powodowanych przez rowerzystów. Skoro oficjalnie po chodnikach jeździć nie wolno, rowerzysta, który wywróci się na nierównym progu i złamie nogę, sam sobie jest winien: wjeżdżając na chodnik złamał prawo i nie ma co liczyć na odszkodowanie od miasta, które nie zadbało o bezpieczne warunki do jazdy.
My zachowujemy się tak, jak większość, tzn. jeździmy po chodnikach, bo życie nam miłe i jeden wypadek, gdy skuterzysta staranował Bartka, wystarczy. Używamy lampek, bo na wielu ulicach, nawet tych dużych, jedyne oświetlenie stanowią automaty z napojami, więc jest raczej ciemno. Używamy także dzwonka, co czasem przynosi zamierzony efekt, a czasem nie. Część pieszych i rowerzystów ustępuje miejsca, część najwidoczniej ma problemy ze słuchem lub nie zna idei dzwonka, niektórzy zaś niezmiernie nas irytują. Zdarzyło się, dla przykładu, że chcieliśmy ominąć trzy idące ławą gimnazjalistki. Na dzwonienie nie reagowały i w końcu zmuszeni byliśmy zsiąść z rowerów tuż za ich plecami. Wówczas odwróciły się, rozchichotały i zawołały: „Hello! Long time no see!” Ale miejsca dla roweru nie zrobiły. W takiej sytuacji nie wiadomo, co robić: śmiać się, płakać, taranować?…
Japońscy gimnazjaliści mają zresztą zwyczaj wołać chórem na widok cudzoziemców „Hello!!!” albo „Long time no see!!!”, albo co tam im jeszcze się przypomni z lekcji angielskiego. Zdarzali się poligloci krzyczący: „Hello! I’m hungry!!!” To traktowanie obcych jak ruchomej atrakcji turystycznej nie zdarza się NIGDY jednostkom. Albo drze się grupa, albo nikt. Jak to w Japonii.

Skutery
SkuteryOprócz rowerów niezwykle popularne są skutery. Mają masę zalet: stosunkowo niewiele kosztują, są małe, tanie w eksploatacji, proste w obsłudze, wszędzie sie wcisną, i nawet nie trzeba mieć prawa jazdy, żeby ich używać. Nie nadają się jednak na dłuższe trasy, no i odrobinę mniej przyjemnie jeździ się nimi w deszczu, bo modele z daszkiem zdarzają się sporadycznie. Miejscowi są jednak twardzi i w czasie ulewy odziewają się w plastikowe zestawy przeciwdeszczowe (które doskonale sprawdzają się również przy jeździe rowerem).

Skutery w Oicie.

Taniej kupić nowy rower niż zmienić dętkę

Rower jest dobry na jazdę po mieście, jazda rowerem jest też niewątpliwie zdrowsza niż korzystanie z maszyn, ale, zważywszy uroki tutejszego klimatu, bywa męcząca. Skuter, choć znacznie wygodniejszy, też nadaje się głównie do przemierzania miasta i to raczej przy słonecznej pogodzie. Do wyjazdu za miasto i na wszelkie dłuższe trasy ani rower, ani skuter się nie nadają, tu już potrzebny jest samochód, w którym nogi się nie męczą, na głowę nie leje i panuje przyjemny chłodek. W Oicie, w której nie ma metra i tramwajów, i w której pociągi i autobusy jeżdżą na dośc wąskich trasach, stąd często nie da się nimi dotrzeć w konkretne miejsce, samochód jest często niezbędny.

 

Używane autko można już kupić za kilkadziesiąt tysięcy jenów, czyli za tyle samo, co porządny rower, ale samochód to także koszt ubezpieczenia, przeglądu, benzyny, no i wreszcie trzeba się go jakoś pozbyć, a za to też się płaci. Za rower płaci się raz, a gdy nam się znudzi, możemy go po prostu porzucić na parkingu czy pod sklepem, unikając tym samym opłaty za wywóz tzw. „dużego śmiecia”. To dlatego wystające z krzaków i rdzewiejące na zatłoczonych parkingach stare zakupowce stanowią stały element krajobrazu, który rzucił mi się od razu po przyjeździe w oczy. Japoński rowerzysta ma do swojego jednośladu podejście praktyczne: płaci za niego niewiele, małą liczbą przerzutek się nie przejmuje, bo w razie potrzeby na górkę można przecież wejść, zlazłszy z roweru, jeździ po chodnikach, bo tak bezpieczniej i wygodniej, a jak będzie się chciał zużytego grata pozbyć, bez sentymentów czy ekologicznych wyrzutów sumienia porzuci go w krzakach. Po co miałby np. wymieniać przebite dętki czy płacić za transport zakupowca do nowego miasta w ramach przeprowadzki? Taniej wychodzić kupić nowy egzemplarz.

W takiej sytuacji jeśli ktoś jest w rowerowej potrzebie, spokojnie może skorzystać.W takiej sytuacji jeśli ktoś jest w rowerowej potrzebie, spokojnie może skorzystać. Chyba że były właściciel w akcie roztargnienia (lub skąpstwa) zostawił rower na wieki zaknięty ochronną klamrą.