Legalni obcy, czyli cudzoziemcy w Japonii

W Japonii o prowincjonalności miasta nie decyduje wyłącznie jego wielkość. W Oicie mieszka 465 tysięcy ludzi, czyli więcej niż w Gdańsku czy Szczecinie, a jednak niełatwo tu kupić damskie buty w rozmiarze 41 czy anglojęzyczną gazetę, ani też porozumieć się z kimkolwiek po angielsku. Nie sposób także zapomnieć, że jest się obcym. Tutaj tylko Japończycy są u siebie.
 
Półmilionowa wieś
Autorzy artykułów na temat Japonii często piszą o niej „endogeniczna”, co oznacza, że w tym 128-milionowym kraju zaledwie 1 procent mieszkańców to cudzoziemcy, głównie Koreańczycy, Chińczycy, Filipińczycy i Brazylijczycy. Polaków jest około 800, z czego dwie trzecie w rejonie Tokio. Poza tym naszych rodaków można znaleźć w większych miastach, takich jak Osaka, Kioto, czy Sapporo. Na prowincję raczej nikt nie jedzie, bo też nie bardzo jest po co. Opowieści ludzi, którzy byli w Japonii, zwykle zaczynają się i kończą w metropoliach, a prym w tych opowieściach wiedzie miasto-gigant, czyli Tokio.

W stolicy wybór wszelkich towarów i usług jest największy, w zasięgu ręki są urzędy i biura, kina, teatry, muzea, opera, anglojęzyczna informacja turystyczna, ambasada… Co innego trafić na prowincję, która jest… nieco bardziej endogeniczna, co oznacza mniej więcej tyle, że jeśli w takim choćby Sapporo, nie wspominając o Osace czy Tokio, japoński tygiel rozcieńczony jest w kilku procentach przez składniki z zagranicy, to na prowincji lokalnego smaku obce dodatki nie zakłócają wcale.

Warto przy tym zwrócić uwagę na kryteria, jakimi należy posługiwać się przy odróżnianiu japońskiego wielkiego świata od zaścianków. W Japonii bowiem o prowincjonalności miasta nie decyduje wyłącznie jego wielkość. W Oicie mieszka 465 tysięcy ludzi, czyli więcej niż w Gdańsku czy Szczecinie. Jeśli jednak cudzoziemiec spodziewa się, że na dłuższą metę poradzi tu sobie bez znajomości japońskiego, znajdzie bez problemu mieszkanie, pracę i właściwy przystanek autobusowy, dozna gorzkiego rozczarowania. Oita jedynie z pozoru jest kilkusettysięcznym miastem. W praktyce jest to rozległa i gęsto zaludniona wieś, jest to zaścianek pełną gębą, w którym jedzenie, ubrania, środki komunikacji i atrakcje turystyczne przygotowano dla autochtonów, w którym cudzoziemców i cudzoziemszczyzny nikt nie potrzebuje, ba, w którym obcy budzą nierzadko lęk i niechęć!

Bez japońskiego ani rusz
Ten, kto chce lub musi zatrzymać się tu na dłużej, szybko doświadcza na własnej skórze, czym jest „endogeniczność”. To, że nie sposób kupić całego kurczaka a damskie buty dłuższe niż 25,5 cm kosztują fortunę i występują w liczbie kilku par w jednym sklepie w centrum – to drobiazg, w końcu żyjemy w czasach zakupów przez Internet. Gorzej, że niezbędna staje się znajomość japońskiego. Nie trzeba być od razu biegłym w mowie i piśmie, ale nawet najbardziej zatwardziałe lenie muszą się nauczyć podstaw, takich jak czytanie dwóch japońskich sylabariuszy, odpowiedników naszego alfabetu, a także odrobina słownictwa. Bez tego nie da się zrobić zakupów, skorzystać z komunikacji miejskiej czy wysłać listu na poczcie, ponieważ angielskich napisów nie ma ani w lokalnych pociągach, ani w autobusach, ani w urzędach, ani w biurach, ani nigdzie. W ratuszu, do którego musi się zgłosić każdy cudzoziemiec, który chce tu zostać dłużej niż trzy miesiące, jest jeden angielski napis, a właściwie jedno angielskie słowo: „INFORMATION”. Poniżej po japońsku wyszczególnione są biura mieszczące się w budynku. By znaleźć właściwe piętro, można albo przeczytać znaki kanji na tablicy, albo, co jest znacznie prostsze, poprosić jakiegoś Japończyka o pomoc. Warto więc nauczyć się nieco języka oraz japońskiego bon-tonu. Wśród Japończyków panuje, co prawda, przekonanie, że cudzoziemcy są źle wychowani, autochtoni są więc z góry nastawieni, że zbyt wiele od nas nie należy wymagać, niemniej warto uniknąć choć kilku gaf.

Barbarzyńcą być
Japończycy chętnie mierzą wszystkich cudzoziemców jedną miarą, zakładając z góry, że każda potencjalna blada twarz należy do Amerykanina lub innego osobnika anglojęzycznego. I raczej trudno się z tego cieszyć, jako że Amerykanie nie uchodzą tu za naród dobrze wychowany, grzeczny i asymilujący się. Przybysz z krainy gołych pępków i coca coli kojarzy się uregulowanym i zhierarchizowanym mieszkańcom wysp z niezgrabnym troglodytą, któremu szlachetny i piękny język wyspiarzy jest równie daleki, co wyspiarskie maniery, zwyczaje i sposób postrzegania świata, który nie rozumie subtelnych form kultury ani skomplikowanej mentalności Kraju Kwitnącej Wiśni.

W Europie znajomość lokalnych zwyczajów jest traktowana jako coś normalnego, tutaj uznaje się ją za coś dziwnego. Panuje też pogląd, jakoby japońska kultura była właściwie niemożliwa do ogarnięcia dla kogoś z zewnątrz i żaden obcy nie był w stanie dogłębnie pojąć istoty ceremonii parzenia herbaty, sztuki układania kwiatów, a nawet (sic!) podziwiania kwitnących drzew wiśniowych czy jesiennych czerwonych liści. Obcokrajowiec, jak sądzi lwia część Japończyków, to barbarzyńca, który potyka się nie tylko wśród japońskich przedmiotów, ale i pojęć1. Trzeba się do obcego uśmiechać (bo trzeba do każdego) i można z nim poćwiczyć angielski (darmowa konwersacja piechotą nie chodzi, szkoły językowe są drogie), ale trzymać go należy na bezpieczny dystans2.

W Japonii nie ma uprzedzeń na tle religijnym (chociaż tyle dobrego!), ale inne stereotypy istnieją i niestety nie da się uniknąć sytuacji, w których Bogu ducha winny cudzoziemiec nie doświadczy tego na własnej skórze. Będzie więc traktowany jak słoń w składzie porcelany i wszelkie przejawy znajomości panujących w Japonii zwyczajów będą przez autochtonów witane z entuzjazmem doprawdy przesadnym (kto nie wierzy, niech zje pałeczkami obiad i nie doczeka się radosnych komentarzy albo przyzna, że lubi susi i nie usłyszy objawów głębokiego zadziwienia).

Rozmowa z Japończykami na temat ich ojczyzny przypomina lekcję polskiego u Gombrowicza. Pytanie: „Co sądzisz o japońskiej kuchni?” znaczy tyle, co: „Co sądzisz o wspaniałej, niepowtarzalnej, unikatowej japońskiej kuchni?” Powiedzieć, że coś nam nie smakuje, to przyznać, że jest się barbarzyńcą. Skoro Słowacki był wielkim poetą, to był. Skoro kuchnia japońska jest wspaniała, to jest. Alternatywy nie przewidziano. Jeśli ktoś ma inne zdanie, to znaczy, że nie dorósł, nie pojął, ma spaczoną percepcję, nie zna się. Krótko mówiąc: Japończycy nie dyskutują na temat tego, co w ich mniemaniu oczywiste, a jeśli ktoś się z nimi nie zgadza, to tym gorzej dla niego.

Co Japończycy sądzą o Polakach
Szczęśliwie dla Polaków – nie ma w Japonii żadnych negatywnych stereotypów dotyczących naszego narodu. Miejscowi kojarzą nasz kraj z kilkoma zaledwie postaciami: Chopinem (zdecydowanie numer jeden), Marią Curie-Skłodowską (tutaj Marią Curie) i Lechem Wałęsą (w wersji japońskiej: Wareza). Skojarzenia te są zdecydowanie pozytywne, co mnie niezmiernie cieszy. Dzięki temu bowiem muszę się zmagać „tylko” ze stereotypem białego ignoramusa, bez dodatkowego obciążenia narodowościowego3.

Uwaga, zły cudzoziemiec!
Wyobraźcie sobie taką sytuację: spotykacie w Waszym mieście dwoje cudzoziemców, którzy z zaambarasowaną miną studiują mapę i niepewnie się rozglądają, wreszcie podchodzą i powoli, ale grzecznie, wyraźnie i po polsku pytają, czy kościół farny to prosto czy w lewo? Jak by Państwo zareagowali? Sporo się mówi o polskiej niechęci wobec obcych, a jednak wydaje mi się, że Polacy wcale nie są obcokrajowcom niechętni, raczej trochę się ich obawiają na odległość, z bliska zaś, gdy naocznie przekonają się, że obcy to zwyczajny, miły człowiek, to zaraz się biorą za pomaganie: uśmiechają się, mówią wolno i wyraźnie, gestykulują. A Japończycy?

Japończyk zagubionemu na ulicy cudzoziemcowi nigdy nie zaproponuje pomocy pierwszy, a poproszony o nią czasami pomoże, a czasami uda, że nie usłyszał lub nie zrozumiał pytania, niezależnie od tego, czy zadane zostało po angielsku, czy po japońsku. Zdarza się wreszcie, że wbije głowę w ramiona i przyspieszy kroku, nie zaszczyciwszy natręta nawet spojrzeniem. 

Cudzoziemiec musi się z taką reakcją oswoić i, dla własnego zdrowia psychicznego, starać się nie denerwować. Nie należy się również zniechęcać, bo w końcu trafi się na autochtona, który nie będzie udawał, że jest ślepy, głuchy i nie rozumie w swoim ojczystym języku. Trzeba się do tego zwyczajnie przyzwyczaić i uzbroić w cierpliwość. Większość Japończyków albo za cudzoziemcami nie przepada, albo się ich obawia, i dlatego woli unikać zbędnych kontaktów, choćby obcy schludnie wyglądali, mówili po japońsku, kłaniali się i uśmiechali. Statystyczny Japończyk jest święcie przekonany, że cudzoziemcy są nieprzewidywalni, nie znają i nie rozumieją japońskiej duszy ani kultury, no i nigdy nie wiadomo, o co im chodzi. Dlatego lepiej się od nich trzymać z daleka.

*
– Czy są tablety?
Dziewczyna za ladą płoszy się, pewnie nie zna angielskiego, więc natychmiast zadaję to samo pytanie po japońsku. Za późno, uciekła, a na jej miejscu pojawia się mężczyzna, który co prawda też angielskiego nie zna, ale jest dumnym potomkiem samurajów i byle cudzoziemca się nie boi.

– Czy ten pociąg odjeżdża z peronu drugiego? – pytam po japońsku na dworcu kolejowym w Fukuoce. Kasjerka, która przed chwilą podała mi bilet, patrzy nierozumiejącym wzrokiem.
– Czy ten pociąg odjeżdża z peronu drugiego? – powtarzam cierpliwie. Kobieta wygląda, jakby nie rozumiała, czego mogę od niej chcieć i w końcu zniecierpliwiona mówi: „Track 2”.


– Przepraszam, jak dojść do tej świątyni? – pytamy po japońsku, podsuwając przechodniowi mapę.
– Przepraszam, nie znam angielskiego – odpowiada przechodzień, nie zwalniając kroku.
– Nie szkodzi, proszę mówić po japońsku – zachęcamy grzecznie po japońsku.
– Przepraszam, nie mówię po angielsku – powtarza mężczyzna i pospiesznie odchodzi.


- Powiedz, dlaczego ludzie nie chcą z nami rozmawiać, nawet gdy mówimy po japońsku? – pytamy któregoś razu znajomą Japonkę.
- Nie wiem. Pewnie się obawiają, że będziecie mówić po angielsku.
- Ale my się przecież odzywamy po japońsku!
- No tak, ale ludzie myślą, że jako cudzoziemcy nie znacie japońskiego i będziecie mówić po angielsku, a oni będą musieli odpowiadać. A ponieważ nie znają angielskiego…
- Ale my mówimy po japońsku, a ja się dodatkowo kłaniam!

Znajoma nie potrafi tego zjawiska wyjaśnić. Sama zna angielski, lubi obcokrajowców, była za granicą i dzięki temu na Japonię pogląd znacznie bardziej obiektywny niż przeciętny obywatel Kraju Kwitnącej Wiśni. Jednak lwia część społeczeństwa japońskiego nie podróżuje, nie zna języków obcych i każdą napotkaną białą twarz automatycznie uznaje za twarz amerykańską, czyli twarz kulturowego ignoramusa. Przekonanie, że cudzoziemiec nie mówi po japońsku, jest tak silne, że przeciętny Japończyk nawet nie próbuje zrozumieć, co też natrętny Amerykanin komunikuje i po jakiemu.

Gdyby Japończycy więcej podróżowali, pewnie przestali by uważać każdego przyjezdnego za niegramotnego Johna Smitha, i może dostrzegliby subtelne różnice w wyglądzie, jakie dzielą mieszkańców Zachodu. Jednak na razie nie ma co liczyć na zmiany: Japończycy podróżują co prawda chętnie, ale głównie po Japonii, a jeśli wybierają się poza granice własnego kraju, to czynią to w zwartych grupach, z przewodnikiem, w którego patrzą jak w obrazek i bez którego zginęliby marnie. Języki obce są im rzeczywiście obce, nadto, choć krytyczni wobec cudzoziemców w Japonii, sami pojęcia nie mają o zwyczajach, jakie panują w zwiedzanych przez nich krajach.

Cudzoziemiec, czyli ciekawy okaz zoologiczny
Oita to nie Tokio, obcokrajowców jest tu niewielu. Większość przyjeżdża na krótki kontrakt (uczą angielskiego w prywatnych szkołach) lub na wymianę studencką (najwyżej dwa semestry). Takich, którzy pracują lub z innych powodów zostają dłużej, jest bardzo, bardzo niewielu. Polska mniejszość w Oicie jest trzyosobowa: Bartek, ja oraz Monika, która mieszka tu z mężem Japończykiem.
Cudzoziemcy, czy im się to podoba, czy nie, rzucają się w oczy. Odróżniają się od miejscowych kolorem skóry, wzrostem (nie dotyczy to, rzecz jasna, Chińczyków, Koreańczyków oraz, choć oczu skośnych nie mają, ciemnowłosych, ciemnookich i śniadych Brazylijczyków), zwykle także sposobem mówienia, uśmiechania się, gestykulowania, chodzenia, witania, strojem. A być innym niż wszyscy, to tak, jakby wybrać się do muzeum w charakterze eksponatu. W skrajnych przypadkach oglądają się przechodnie, a kierowcy wychylają się z okien samochodów. Przy tym trudno wywnioskować, czy spojrzenia te to objaw niechęci czy uznania, krytyka czy pochwała. Gapią się i tyle.

Dodatkowo, niezależnie od tego, jak się obcokrajowiec ubierze, gimnazjaliści i dzieci mają w zwyczaju zaczepiać obcych. Dzieci są sympatyczne, mówią „dzień dobry” i sprawdzają, jak obcy zareaguje, a gdy im odpowiedzieć po japońsku, szybko się zawstydzają. Gimnazjaliści jednak są irytujący, z daleka całą zgrają krzyczą „Hello! Long time no see!”. Co jakiś czas natrafić można również na zawianego poliglotę, który, chcąc się pochwalić przed kompanią swą imponującą biegłością językową, zaczepia obcokrajowca na ulicy, bełkocząc po angielsku coś w rodzaju „Narodowość???”

Najsympatyczniejsi są ludzie starsi. Znają zwykle tylko kilka słów po angielsku, a czasami nawet tego nie, mimo to uśmiechnięci i zaciekawieni podchodzą niekiedy i zaczynają obcokrajowca indagować. W naszym przypadku rozmowa prędko wygasa z braku wspólnego języka (do spontanicznej wymiany myśli po japońsku nie jestem, niestety, zdolna), mimo to zawsze jest bardzo miła. Ludzie starsi w Japonii, odwrotnie niż w Polsce, sprawiają wrażenie, jakby byli najspokojniejszą i najszczęśliwsza częścią społeczeństwa.

Raj dla samotnych mężczyzn
Cudzoziemcy płci męskiej to nie tylko ogólnie ciekawe zjawisko, ale i target wysoko ceniony przez miejscowe singielki. 
– Przez pierwszy miesiąc po przyjeździe prawie nikogo jeszcze nie znałem i może jednej czy dwóm osobom powiedziałem cokolwiek na swój temat. – opowiada Antonio. – A po miesiącu masa ludzi już wiedziała, ile mam lat, że przyjechałem na stypendium, że mam w Salwadorze żonę i dziecko. Dziewczyny przychodzą do ISC4 i pytają o obcokrajowców: kim są, na ile przyjechali, ile mają lat, czy są żonaci…

Żeby spotkać samotne Japonki, które chętnie zaprzyjaźnią się z samotnymi obcokrajowcami, wystarczy odwiedzić bar w centrum, gdzie rzeczone niewiasty czekają na potencjalnego chłopaka zza granicy. Pań-cudzoziemek tam nie wpuszczają, za to panowie piją za darmo, przy czym przywilej ten nie dotyczy Azjatów. Japońskie singielki chętnie zwiążą się z obcokrajowcem, ale tylko z obcokrajowcem „wysokiej jakości”. Chińczycy czy Koreańczycy w tutejszych warunkach do tej kategorii nie należą.
 
Oita, 2009
 
1 **W 2006 roku w cyklu „Gazety Wyborczej” ukazał się przewodnik po Japonii, który polecam pp. Czytelnikom, ponieważ jest ciekawie napisany i, odpukać w niemalowane, jeszcze się nie zdarzyło, żeby informacje w nim zawarte były nieprawdziwe. W tymże przewodniku na stronach 68-69 znaleźć można m.in. taką oto informację: „Wystarczy pobyć trochę dłużej w Japonii, posłuchać rozmów i zobaczyć, co się dzieje w mediach, by szybko ulec wrażeniu, że trzęsienia ziemi, tajfuny, smaczny ryż, nieszczęścia, upały, złe wspomnienia z wojny, drzewa zrzucające liście jesienią, opady śniegu i szybkie pociągi są wyłącznie japońskimi fenomenami. Gdy kilkadziesiąt lat temu francuscy producenci nart chcieli sprzedać swoje produkty w Japonii, rząd ogłosił, że europejskie narty nie nadają się do użycia na unikatowym i niepowtarzalnym japońskim śniegu. W latach 80. XX w., gdy amerykańscy producenci wołowiny planowali rozpocząć eksport do Kraju Kwitnącej Wiśni, Ministerstwo Rolnictwa przekonywało, że tylko rodzima wołowina może znaleźć uznanie u Japończyków, różniących się od reszty świata wyjątkowymi i szlachetnymi upodobaniami żywieniowymi. Z początkiem lat 90. XX w. uznani badacze uniwersyteccy stwierdzili, że mieszkańcy Japonii są genetycznie uprzywilejowani, gdyż w pełni potrafią docenić szeroką gamę takich odgłosów natury, jak cykanie świerszczy lub szum wodospadu.”
 
2   Ten pierwszy odruch, którzy każe Japończykom traktować każdego białego przybysza jako jeszcze jeden fragment jednolitej białej masy, której właściwości są znane, przypomina mi nieco polskie stereotypy na temat Azjatów czy Murzynów: żółta twarz to najpewniej Chińczyk, a czarna – Afrykanin. Generalizowanie to oczywiście zjawisko normalne i zdrowe, bo pozwala skołowanemu obywatelowi świata jakoś się odnajdywać wśród bombardujących go informacji. Nie sposób znać się na wszystkim, ale przecież jakąś opinię, choćby i cudzą, trzeba mieć… Szkoda tylko, że chętniej sięgamy po te stereotypy, które stawiają nieznane nam zjawiska czy ludzi w złym świetle.
 
3   Jeśli komuś zdaje się, że to niewielka różnica, niech pomyśli, jak wpływa na przeciętnego Polaka informacja, że np. sąsiad o oliwkowym kolorze skóry przyjechał z jakiegoś ciepłego kraju od informacji, że chodzi o ciepły kraj arabski? Kogo instynktownie lubimy mniej?
 
4   International Student Center, czyli Centrum Studentów Zagranicznych, które znajduję się na Uniwersytecie w Oicie. Zajmuje się pomocą studentom i pracownikom z zagranicy. Swoją drogą – w całym biurze ISC tylko jedna osoba mówi po angielsku.