Upały i tajfuny, czyli słów kilka o japońskim klimacie

Oita przez większą część roku paruje, opływa potem i dyszy z gorąca. Już w lutym zaczynają kwitnąć śliwy i wiśnie, bo temperatura w ciągu dnia potrafi dojść do 30ºC. W marcu zaczyna się wiosna - ulubiona pora roku Japończyków, w maju lato, a w czerwcu pora deszczowa i prawdziwe upały, a wraz z nimi wysokie rachunki za prąd (bez klimatyzacji żyć się nie da). No, a w lipcu to się robi NAPRAWDĘ gorąco...

Pora deszczowa
Mamy początek lipca. Pada. Nie pamiętam dokładnie, kiedy aktualny deszcz się zaczął, ale będzie tego z półtora tygodnia. Raz leje jak z cebra, wówczas krople spadają wielkie i ciepłe, innym razem siąpi niezbyt intensywnie, za to wytrwale, czasem znów tylko kropi. Bywa, że na jakiś czas deszcz ustaje, ale powietrze nadal jest wtedy nasączone wilgocią, a cały krajobraz paruje z zapałem, co sprawia, że góry, które doskonale widać przy ładnej pogodzie, stają się coraz mniej wyraźne, a wreszcie całkiem znikają w mlecznobiałych oparach. Na parowanie nie ma rady, ponieważ zarówno w czasie, gdy pada, jak i w przerwach między jednym deszczem a drugim (albo raczej w przerwach TEGO SAMEGO długiego deszczu) kreska na termometrze utrzymuje się na mniej więcej tym samym, wysokim poziomie. Nie schodzi poniżej 25°C, dlatego świeże opady natychmiast zamieniają się w świeże opary. Świeże opary wędrują ku górze, kumulują się i wkrótce znowu spadają na ziemię. Jest mokro, parno i duszno. I tak przez kilka tygodni. Innymi słowy – trwa pora deszczowa.
 
Pora deszczowa w pełniPora deszczowa w pełni.
Długotrwałe deszcze, oprócz oczywistych wad, mają też nieco zalet. Ja, na przykład, ogólnie rzecz biorąc lubię, gdy pada: na zewnątrz słychać monotonny szum przedzierających się przez ulewę samochodów i plusk wody rozpryskującej się o kałuże, balustrady i chodniki, na biurku paruje gorąca herbata z cytryną, i, nie wiedzieć dlaczego, zaraz człowieka ogarnia ochota do pracy. Pora deszczowa, która pojawia się między wiosną a latem i trwa około miesiąca (zaczyna się w czerwcu a kończy na mniej więcej w połowie lipca), zwana jest tsuyu lub baiu (śliwkowy deszcz), bo w czasie jej trwania dojrzewają japońskie śliwki. Owoców tych nie jada się na surowo (są zielone i bardzo twarde), lecz się je marynuje lub wykorzystuje do produkcji umeshu, czyli bardzo smacznego likieru. I to chyba umeshu jest najjaśniejszą stroną pory deszczowej (najjaśniejszą z punktu widzenia jednostki, która musi jakoś walczyć z chandrą, gdy tak ciągle pada i pada :), bo ogólnie rzecz biorąc pora deszczowa jest bardzo ważna dla upraw ryżu itp., itd.)
 
umeshu
Umeshu, czyli jasna strona pory deszczowej
 
Kalosze chętnie noszę
Nawet jeśli się generalnie lubi deszcz, to opady trwające kilka tygodni jakoś mniej cieszą niż taka, dla przykładu, ulewa jednodniowa. W oceanie nie można się kapać, wycieczki nie można zrobić, a komunikacja pieszo-rowerowa jest wybitnie utrudniona. Jednostki zmotoryzowane włączają wycieraczki, jednostki niezmotoryzowane, m.in. młodzież w wieku szkolnym, przywdziewają kaloszki oraz ubiór ochronny w postaci plastikowej kurtki z kapturem i plastikowych spodni lub mokną pod parasolami. Sam parasol bowiem nie chroni przed deszczem w stu procentach: ulewom nierzadko towarzyszy wiatr, który raczej rzadko przybiera postać łagodnego zefiru. Często wieje z taką siłą, że nieostrożnym łamie parasole, a niekiedy (zwykle jesienią) nawet przeradza się w tajfun 1.
Pora deszczowa w Oicie.Jeśli więc ktoś musi wyjść z domu, a z jakiegoś powodu nie może skorzystać z samochodu lub pociągu, w celu pozostania suchym może założyć mało twarzowy, ale za to bardzo skuteczny, plastikowy zestaw, gdy zaś ma ochotę po prostu przejść się i pooddychać świeżym powietrzem (właściwie to tak bardzo świeżym, że aż skraplającym się na wszystkich dostępnych powierzchniach…), wychodząc na dwór najrozsądniej zrobi zakładając klapki i krótkie spodenki – dzięki temu zamoczy tylko nogi. Przeziębieniem nie ma co sobie zawracać głowy, bo naprawdę trudno złapać katar przy 30°C. Ryzyko zmarznięcia pojawia się dopiero wówczas, gdy w ramach spaceru przyjdzie nam ochota na wizytę w sklepie lub innym wnętrzu, jako że wnętrza są w Kraju Kwitnącej Wiśni klimatyzowane i bywa w nich dość chłodno.
 
Parność nad parnościami i wszystko parność
Krajobrazy lokalne na ogół cechują się nader romantyczną mglistością, innymi słowy: toną w oparach.
Krajobrazy lokalne na ogół cechują się nader romantyczną mglistością, innymi słowy: toną w oparach. Krajobrazy lokalne na ogół cechują się nader romantyczną mglistością, innymi słowy: toną w oparach.
Parność nad parnościami i wszystko parność. Krajobrazy lokalne na ogół cechują się nader romantyczną mglistością, innymi słowy: toną w oparach. 
 
Lato w Oicie jest parne. Generalnie parno jest przez cały rok, ale latem do wilgotności powietrza dołącza wysoka temperatura, a to już jest zabójcza kombinacja. W Polsce też bywa gorąco, ostatnie lata przynoszą coraz wyższe temperatury, ale dla kogoś przyzwyczajonego do klimatu środkowoeuropejskiego, nawet w fazie ocieplania, klimat panujący na Kiusiu jest trudny. Różnica między skwarem w Polsce a tym w Oicie jest taka, jak między zwykłym deszczem a amazońską ulewą: zjawisko to samo, ale skala inna.
 
Nieznośny skwar, połączony na dodatek z nieznośną duchotą, to rzecz umiarkowanie przyjemna. Gdy upał trwa długo, człowiek zaczyna z utęsknieniem wyczekiwać deszczu. Nawet krótka przechadzka męczy, a zapał do aktywnego spędzania czasu w promieniach niemiłosiernie piekącego słońca wykazują wyłącznie dzieci. Pracować da się tylko przy włączonej klimatyzacji, bo przy 40ºC procesy myślowe jakby wyhamowują… (biedna jest dziatwa szkolna, która musi wytrzymać kilka godzin dziennie w nieklimatyzowanych klasach). Ubrać się w cokolwiek eleganckiego i wyjść na zewnątrz – trudna sprawa, bo nawet w kompletnym bezruchu człowiek opływa potem.
 
W Oicie gorąco jest już w maju, a ochłodzenie przychodzi w październiku, kiedy czerwona kreska na termometrze zjeżdża poniżej trzydziestki. Podczas pory deszczowej, jak również w trakcie padających już latem deszczów jest, rzecz jasna, chłodniej niż przy bezchmurnym niebie, ale za to wilgotność powietrza się nie zmniejsza i nie ma mowy o żadnej świeżości po burzy. I w trakcie, i po deszczu, jest tak parno, że człowiek opływa potem zarówno pod parasolem, jak i po jego złożeniu. Wieczorem często widać, jak w świetle latarń płyną fale pary wodnej – człowiek w pierwszej chwili myśli, że mży, ale rychło okazuje się, że wilgoć płynie, a nie opada.
 
Kiedy wilgotność powietrza wynosi 70 czy 80%, wychodząc z domu człowiek czuje się tak, jakby wchodził do sauny. Wielu ludzi nosi przewieszone przez szyję niewielkie ręczniki do ocierania potu z twarzy. Miejscowi są na klimat w dużym stopniu uodpornieni, ale także narzekają na coraz cieplejsze lata i mówią, że jeszcze dziesięć lat temu było nieco chłodniej i łatwiej się dawało upały wytrzymać.
Koniec września. Gdyby nie meduzy, spokojnie można by się kąpać, bo woda nadal jest ciepła.Koniec września. Gdyby nie meduzy, spokojnie można by się kąpać, bo woda nadal jest ciepła.
 
Życiodajna klimatyzacja
Choć przybyszowi z umiarkowanej strefy klimatycznej japońskie lato wytrzymać niełatwo, przynajmniej na początku, zanim przywyknie do cieplejszego klimatu, wielką pomocą służy mu klimatyzacja, która wieje, dmucha, chucha i osusza powietrze niemal wszędzie: w domach, biurach, urzędach, sklepach, windach, restauracjach… Japończycy mieszkają i pracują w chłodzonych wnętrzach, i trudno im się dziwić. Kiedy temperatura na zewnątrz w ciągu dnia oscyluje w okolicach 40ºC, odechciewa się wszystkiego, a kiedy w nocy nie spada poniżej 30, nie da się zasnąć.
 
Wysoka wilgotność powietrza ma duży wpływ nie tylko na samopoczucie, ale i na wiele spraw codziennych: na sposób budowania domów, przechowywania żywności, utrzymywania czystości itp. Trzeba bowiem uwzględniać takie zjawiska, jak to, że w szufladach może pojawić się woda (skrapla się to, co jest w powietrzu), jedzenie pozostawione na stole na noc rano jest już niejadalne (na chlebie zdąży wyrosnąć pleśń), pojemniki na przyprawy muszą mieć zakrywki (w przeciwnym wypadku wszystko w tempie ekspresowym się zawilgoci), letnie sandały podczas jesienno-zimowych miesięcy trzeba schować w suchym miejscu (w szafce przy drzwiach mogą całkowicie zapleśnieć), itd.
 
Poza tym wilgotność powietrza jest bardzo dokuczliwa zimą. Oboje z Bartkiem zdecydowanie wolimy polskie suche mrozy niż takich, dla przykładu, 7 stopni powyżej zera w Oicie. Niby temperatura dodatnia, ale podczas wieszania prania na balkonie człowiek zębem na ząb trafić nie może.
 
Przeziębić się upalnym latem
Klimatyzacja, choć naprawdę ułatwia życie, ma też wady. Przede wszystkim trzeba do niej przywyknąć, bo dla nieprzyzwyczajonego organizmu nieustanne wianie i chłodzenie to duże obciążenie. Oczy wysuszają się i pieką, wysusza się też śluzówka nosa i skóra.
 
W sklepach jest niekiedy tak zimno, że kiedy się wchodzi, dostaje się gęsiej skórki. Na zewnątrz 40°C, wewnątrz lekko ponad 20, przeskok jest na tyle duży, że człowiek, który jest wszak w całości pokryty potem, już po chwili od wejścia jest pokryty potem zimnym, co jest bardzo umiarkowanie przyjemne. Sklepowe lodówki ziębią dodatkowo, robi się zimno w stopy i zaczynamy myśleć o duchocie na zewnątrz z dalece mniejszą niechęcią niż zaledwie kilka minut wcześniej. No, ale z kolei po kilku minutach na zewnątrz robi się nie do wytrzymania gorąco…
 
Parasolki, parasolki, parasolki bardzo tanie…
By dowiedzieć się, jakiej należy spodziewać się pogody, można sprawdzić prognozę lub zwyczajnie wyjrzeć przez okno: jeśli przechodnie uzbrojeni są w parasole, to znaczy, że zapowiadane są opady.
 
W tutejszym klimacie parasol używany jest często, i nie to nie tylko dla ochrony przed deszczem, ale i przed słońcem (opcja druga zarezerwowana jest dla pań). Stojaki na parasole umieszcza się w wielu miejscach publicznych, m.in. przed sklepami i urzędami, co jest rozwiązaniem o tyle prostym, co i wygodnym. Parasole tkwią w stojakach nawet wtedy, gdy nie ma akurat brzydkiej pogody: zapomniane przez właścicieli albo po prostu przechowywane na wypadek deszczu. Choć Japończycy, jak wieść głosi, kradną tylko rowery i parasole, to nawet w przypadku straty żal jest krótki. Parasole są niedrogie, a te najprostsze, plastikowe, które wystarczają na jeden deszcz (bo potem rwą się i łamią), kosztują tyle, co butelka zielonej herbaty z automatu.
Parasolki po upływie terminu przydatności.Parasolki po upływie terminu przydatności.
 
Czyste ulice
W Oicie, która jest bardzo czystym miastem i w której bardzo rzadko widać na ulicach czy trawnikach jakieś śmieci, połamane parasole stanowią naturalny składnik krajobrazu. Podejrzewam, że gdyby w Oicie istniały kosze na śmieci, zdyscyplinowany naród zdezelowane parasole w nich by umieszczał. Trudno to stwierdzić na pewno, jako że na razie w Oicie kosz na śmieci to rzadki ptak. Kiedy się chce wyrzucić zżutą gumę lub zużytą chustkę higieniczną, trzeba się zdrowo naszukać, a najłatwiej po prostu przywieźć śmieci do domu. Na ulicach znaleźć można bowiem pojemniki na puszki, butelki i plastikowe kubki (stoją obok automatów z napojami) oraz kosze-popielniczki (przed urzędami lub niektórymi sklepami). Właściciel parasola, którego przydatność właśnie spadła do zera, może więc lecieć na dworzec główny lub w inne znane sobie miejsce, w którym stoją pojemniki na śmieci, zanieść popsuty sprzęt do domu albo porzucić go dyskretnie w najbliższych krzakach. Wnioskując na podstawie widoku licznych staroci taplających się w rynsztokach, wiszących smętnie na barierkach i wystających z zieleni miejskiej, można wysnuć wniosek, że opcja trzecia cieszy się wśród autochtonów sporą popularnością.
 
Ulice w Oicie są czyste, ściany budynków i mury – niepomazane, toalety w miejscach publicznych – higieniczne itd. Nikt tu nie wypluwa zżutej gumy na chodnik, nie rzuca niedopałków wprost pod nogi, nie domalowuje wąsów i obelżywych komentarzy na plakatach wyborczych. Kiedy stojący obok automatu z napojami2 pojemnik na puszki, kubki i butelki się zapcha, naród ustawia puste butelki obok pojemnika. I nikt do pojemnika na butelki nie wrzuca śmieci innego typu. Coś podobnego widziałam dotąd tylko w Szwajcarii 3.
 
A ponieważ jedyne śmieci, jakie daje się dostrzec na japońskich ulicach, to stare parasole i stare rowery, żywię silne podejrzenie, że gdyby w miejscach publicznych stały specjalne pojemniki na zużyte parasole i specjalne parkingi na stare rowery, Oita stałaby się najczystszym miastem na świecie.
Porzucone parasolki.
 
 Oita, 2009
 
 
1   Najprościej rzecz ujmując, tajfun to WIELKA ulewa w połączeniu z BARDZO SILNYM wiatrem. Kiedy się zbliża, informują o tym media, i jeśli spodziewany jest atak tajfunu na okolice zamieszkane, ludzie zostają w domach: szkoły i miejsca pracy są nieczynne. Przerwa taka trwa zwykle jeden, najwyżej kilka dni (przypomina to wielkie mrozy w Polsce, które powodują odwołanie lekcji w szkołach). Kiedy już tajfun szaleje, po ulicy z rzadka przemknie samochód, a pieszych nie widać wcale. W domu człowiek jest bezpieczny, a na zewnątrz wiatr bez problemu potrafi przesunąć pralkę z jednej strony balkonu na drugą, więc warto słuchać zapowiedzi i zrobić zapas jedzenia na kilka dni.
 
2   A automaty stoją wszędzie, przed blokami mieszkalnymi i knajpami, przy plaży i w hallu KAŻDEGO urzędu czy biura, na każdym peronie każdej stacji, itd., itd., itd.… Kupić w nich można tylko napoje, żadnych batonów czy chipsów.
 
3   Widziałam w Zurychu, jak z grupy nastolatków ubranych i uczesanych buntowniczo (czerń, metalowe elementy ubioru, fryzury w nieładzie i takie tam subtelne oznaki buntu) oderwał się jeden mroczny osobnik, podszedł do kosza na śmieci, wysiorbał piwo do końca, po czym starannie spłaszczył puszkę buciorem i ładnie wrzucił ją do odpowiedniego pojemnika. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić naszą rodzimą młodzież o podobnym wyglądzie i w podobnym stanie upojenia, która by w równym stopniu dbała o ogólny porządek na ulicach…